“Maluję słowami obrazy” – moje wiersze – od 1981

Zamiast wstępu

Zabawa słowem to najpiękniejsza gra intelektualna. Zmieniając słowa miejsce w zdaniu możemy zmienić zdania znaczenie. Można grać samemu, można grać w towarzystwie mnogim. Każdemu życzę remisu, bo to oznacza zrozumienie…

Charta non erubescit. Jeśli umiesz mówić, mów. Jeśli masz odwagę, myśli swoje wypowiadaj głośno. Pamiętaj jednak, mowa jest ulotną. Jeśli umiesz pisać, pisz. Słowa cię wtedy już nie zapomną, zostaną, nie spłoną, bo papier się nie rumieni…

… moim inspiracjom …

Przemek


Spis treści:

Autoportret ♦ Mój kościółekZamyślenieŁzyNie zapomnijSamotnośćPragnienieWystawa kwiatówZapach kobietyBólI nie ma mnieCzasPosłuchaj ChopinaŻegluj i żyjKwiaty AnchesenamonTermopileCzuję ♦ Torebka pełna słów ♦  PsiośćTchnienieZnakiChwileLśnienieMaratonŚwitanie brzaskiem ♦ A’propos mgłyNie wieszZwierciadłoWytrzymajNieboNie zdarzy się PrzebudzenieAnemonSpokójZiarnoWołanieW cieniuKwiatyLatawceKrzyk ♦ BezgłosKroki Wszystko płynie ObcyJakby nie byłoDo snuZnówWspomnieniaPowrótObiecujęLiście na wietrze


 

Autoportret 

Szumi morze błękitne, burzy me myśli nienarodzone,
mózg oblepiony płatkami złotymi,
kieruje oczy w przeciwną stronę.

Grzeją gwiazdy serdeczne serce w mej piersi zakute.
Budzi się dusza ze snu i prowadzi za rękę daleko przed siebie.

20 styczeń 1982, Bydgoszcz

 


 

Mój kościółek 

Stary kościółek,
stary przed nim cmentarz,
lekka pod nim ziemia.

Srebrzy się w błękicie dach,
Czerwieni o zachodzie mur,
W mgle wędruje Boży głos,
Przy organach śpiewa chór.

Tuż przy progu powitalnych kilka słów,
Cichy szept płynie z popękanych ust,
Przy ołtarzu miga kilka świec,
Z góry patrzy Bóg.

16 styczeń 1982

 


 

Zamyślenie

Wśród liści zeszłorocznych,
pod niebem szarym, groźnym
i w płaszczu, i w południe
liczyłem dni minione, piękne schludne.

Schowany w zamyśleniu,
za drzewem i w ogrodzie
patrzyłem w dal szukając zapomnienia….
a w ręku miałem różę.

 


 

Łzy

Łzy miłości, kropla za kroplą,
jak pierwszy majowy deszcz, takie pierwsze i takie czyste,
utulają dnie zimne, dnie pełne goryczy, niezamkniętych ran.

I gdzie moje przyrównanie,
pomiędzy tym co było a może tym co jest?
każda chwila droga, każdy niewyśniony sen przypomina ten
… majowy deszcz.

A wiatr sobie śpiewa, beztrosko gdzieś przemyka,
niby błękit nieba głaszcze a bawi się wśród kwietnych drzew.
Może wiatrem jestem co tak gna? A dokąd? Nie wiem…
powiedz jeśli wiesz, wiatrem jestem,
czy smakuję jak majowy deszcz?

 


 

Nie zapomnij

Nie zapomnij o mnie czasem, nie zapomnij,
skryj swe oczy w przeszłe lata, w ich marzenia…
może kiedyś w oddaleniu, nieme wrócą znów obrazy,
może w wietrze mnie usłyszysz,
liśćmi jak tym szalem mnie obrzucisz.

 


 

Samotność

Jeśli pozostaniesz sam…
nie myśl o tym, pogódź się z tym…
nie pierwszy raz najwonniejszy kwiat wzrasta na ugorze.
nie pierwszy raz umiera.

Jeśli pozostaniesz sam…
uśmiechnij się, bo znowu wstaje zboże,
a nie zawsze z niego przaśny chleb.

Jeśli pozostaniesz sam…
wstań i podnieś głowę.

 


 

Pragnienie

Ta słodycz nieopisana,
ten lepki papierek,
wyciągnięte obite ręce,
umazane usta.
Dziecko sięgnąć nie może
do swych marzeń szczytu.

Szelest cichutki,
zapach przyjemny,
głos zachwytu rozwiera usta.
Sny rosną jak kolorowe bajki.

 

13 styczeń 1982, Bydgoszcz

 


 

Wystawa kwiatów

Ucięli, wetknęli kawałek gałązki,
wyrwali po jednym z łączki.
Postawili przed nosem
i długo się gapili, gadali.

Imię obrali,
na wystawę zawieźli, czekali.
Słoneczko i listek,
niebieski chaberek, bazi sweterek.
Sędziowie pod uwagę brali i oceniali
kolory i wzory, długie nogi wonnych parasoli,
wdzięk i kształt dzikiej fasoli.
Przechodzili wzdychali,
leśne kwiatki, polne cuda wąchali.

Spodobał się dzbanuszek gliniany z kwiatuszkiem,
nagrodził go pan z brzuszkiem.

Wygrała leśna przyroda,
w dzbanuszku źródlana woda.
Odjechali, medal zabrali,
wylali wodę,
wyrzucili lasu urodę.

17 styczeń 1982, Bydgoszcz

 


 

l’odeur d’une femme (zapach kobiety)

na spacerze dziś pod rękę szedłem z ukochaną samotnością,
wiatr gdzieś wiał, zapach był, i strach przed namiętnością.
oczu niemych gniew martwy wodził wzrok w chaosie rudych liści.
Ja słyszałem głos, co w pamięci dawno grał,
– nie dokazuj miły, nie dokazuj.

 


 

Ból

Znów nie śpię.
Taka bezsenność boli.
Stanę przed ścianą,
twarzą do jej bieli.
Wystrzelę w tył głowy
i będę szybko patrzył,
jak moje myśli malują –
kolorowe wzory.

 


 

I nie ma mnie

Zasnąłbym, nie mogę oczu zamknąć,
przytuliłbym, nie obejmowałbym pustki ramionami,
rozstałbym się z samotnością, za porozumieniem,
czułbym sercem całym, do łez, bez opamiętania,
słuchałbym słów wymawianych na głos, powtarzanych szeptem,
– że byłem, że jestem, że będę pragnieniem i jedynym spełnieniem

Nie ma mnie, nie wiem kiedy będę,
gdzie znowu się pojawię, z kim pójdę pod rękę,
z kim spotkam się, kogo pożegnam wzrokiem.

Nie wiem.
Nie rozumiem.
Nie chcę.
Nie umiem.

 


 

Czas

To nie Ty powiedziałaś, że czas ruszył,
to ja zapytałem, która jest godzina.
Wiedziałem, że nie masz zegarka,
skąd miałaś wiedzieć, czy się zatrzymał.

On biegł i w biegu odchodził, chwilami przystawał,
chciał zobaczyć oczu refleksy splątane w szczęściu,
chciał posłuchać słów wymyślonych w zapatrzeniu,
czuł już, że go prawie nie ma, ale musiał odejść,
bo nie mógł nam dać, czegoś czego nie ma,
nie mógł nam dać swojego wytchnienia.

 


 

Posłuchaj Chopina

Cichutko mówię Ci dzień dobry,
bo nie chcę byś się budził, gdy bezpieczne utulają mnie ramiona,
bo oplecione w mych westchnieniach czuję jeszcze twoje dłonie,
które grały znów Chopina, odgadując w nutach me pragnienia.

Cichutko mówię Ci dobranoc, ale nie zasypiaj proszę.
Posłuchaj do snu mistrza, larghetto, drugi koncert,
bo czuję twych rąk wahanie, jak dotknąć ,
jak zacząć nasze granie.

Czytam w Tobie, jak w miłości nutach,
słyszę delikatne struny drżenie i dalej nie wiem,
czy Ty wiesz jak zacząć, by usłyszeć moje brzmienie.

W sekundach więc odliczam kolejne palców uderzenia,
Trzydziesta, czterdziesta i piąta…, już wiem,
że słuchałeś mojego serca, że widziałeś moich źrenic uniesienia.

 


 

Żegluj i żyj (Navigare necesse est, vivere necesse non est.)

Żeglowanie jest potrzebą, gdy ktoś się z wiatrem urodził.
Pływanie zaś radosną koniecznością, by nie tylko wiedzieć,
z którego portu człek wyszedł, ale do którego będzie wchodził.
Wtedy nawet szkwał nie przeszkadza, co prosto w oczy wieje,
bo w żaglach prócz smutku rozstania mamy zdobywcy nadzieję.

W znakach każdy może zobaczyć własną horyzontu linię,
z gwiazd mapy czytać okiem gołym lub przy sekstansu pomocy,
wierzyć w cel podróży, że się dotrze i przed końcem nie zginie,
bo różne są potrzeby i nie jest nim życie, gdy nie śnimy w nocy.

 


 

Kwiaty Anchesenamon*

Wśród żaru pustyni panuje dzisiaj chłód,
bo święci kapłani obmywają twoje ciało,
usuwają pył z twoich stóp.
Trąb żałobnych ton niosą Nilu fale.
Smutne komnaty czekają pochowane w skale.

Lecz ja kapłanów nie widzę i nie słyszę trąb,
widzę jak patrzysz na mnie, czuję dotyk twoich rąk,
Słyszę pieśń, którą mi śpiewałeś,
Czuję zapach skóry, gdy mnie przytulałeś.

Dziś odchodzisz w ciszy, spokojnie patrzysz za horyzont,
widzisz jak cienie gasną, jak inne wstają światy.
Cóż mogę tobie dać w tę daleką drogę, gdy już musisz iść?
Nie złoto, nie balsamy…, weź proszę te polne kwiaty…

 

XII’III’MMXII
———
* Anchesenamon — żona faraona Tutenchamona. W sarkofagu faraona według zapisków Howarda Cartera odnaleziono kwiaty. „Wielkie wrażenie na zwiedzających zrobił wzruszający wianuszek kwiatów, złożony przez młodą wdowę jako ostatnie pożegnanie ukochanego męża. Cały królewski przepych, całe bogactwo, blask złota, wszystko to bladło wobec tych skromnych zeschłych kwiatów, które jeszcze zachowały nikły ślad swoich barw. To one z najbardziej nieodpartą wymową przypominały o znikomości tysiącleci…”


Termopile

Chciałbym odejść w biegu, zdyszanym,
wysmagany słońcem, podbity wiatrem.
Chciałbym widzieć morze, na gorącym stojąc piasku,
patrzeć jak odlatują ptaki, by jutro wrócić znowu.
Świadomy klęski, w pogoni za zwycięstwem, w chwały blasku,
– chciałbym biec przed siebie.

Bez bólu, przed oblicza bogów, z tarczą wrócić z pola,
Wlec bez litości, swych zmysłów słabości,
Nie słuchać, nie tęsknić, nie myśleć, że żal życia,
że jeszcze nie czas wsiadać do łodzi z której Charon woła.

Inne są krainy, w snach wymyślone, przez magów widziane,
Są Kserksesa Persowie, są Leonidasa Spartiaci.
Jest cisza, jest strachu wspomnienie, gdzie byłem, gdzie mnie nie ma,
Jestem już tam i słyszę słowa z wieczności śpiewane,
– Termopile.

 


 

Czuję

Skąd wiem, gdzie idę,
gdy liczne widzę drogowskazy,
skąd wiem, że nie śnię,
gdy myśli błądzą poza światem,
skąd wiem, że słyszę dobre głosy,
gdy śpiew wabi, a cisza rozprasza,
skąd wiem co smakuję,
gdy czuję słodycz, a piję cykutę?

Czy to przeznaczenie, czy losu wyroki
każą w gwiazdy patrzeć, w szklaną kulę?
Czy wiem, kogo lubię, gdy zmysły zawodzą,
a gniew szepcze czule?

Gdzie stopę postawić,
by się nie zawahać,
by zrobić krok i nie popaść w przepaść?

Tylko jeden krok, mój krok,
do przodu….
nie w bok i nie w tył…
tylko jeden krok…
….skok… do przodu…

 


 

Torebka pełna słów 

Dziękuje za wiersze w twojej torebce schowane,
za moich słów wspomnienie pisanych nad ranem,
za śmiałość i ich pokazanie, bo czułem a teraz wiem,
że prócz kluczy wychodząc z domu zabrałaś i mnie.

Dziękuję za spacer, na który przyszedłem niewcześnie,
za biały płaszcz pachnący słońcem pod parkowym niebem,
za ramię uroczo trzymane pod rękę,
za ciekawość ukrytą pod dyskretnym spojrzeniem.

Dziękuję za cierpliwość w słuchaniu i za pożegnanie,
za pocałunek przesłany na dłoni w tramwaju,
za nadzieję, która jak gołąb przysiadła na moim ramieniu.

 


 

Psiość … 

Każdego ranka budzisz mnie spojrzeniem,,
na brzegu łóżka siadasz, kładziesz głowę,
opowiadasz, że już czas, że w drogę.

I nic, że mróz, że śnieg,
że pada deszcz, że wieje wiatr,
idziemy razem gdzieś, przez naszą pieśń.

Wśród wysokich traw, wśród drzew,
szukamy razem naszych prawd,
wśród plaż, wśród krzyku mew.

Gdy w rudych twoich włosach,
zanurzam swoje ręce, cieszę się,
że masz – cztery łapy, ogon, kły,
bo nie zazdrościsz, nie złorzeczysz,
nie kłamiesz i nie obiecujesz.
…. a tak masz tylko – Ty.

 


 

Tchnienie 

Proste słowa wymawia się najtrudniej,
czasami znikają za milczeniem…
a wystarczy tylko usta otworzyć,
by je wydobyć, tchnieniem..

 


 

Znaki

Pozdrawiam gwiazdy nasze serdeczne,
gwiazdozbiory wodnika, barana, wagi.
Niech świecą za dnia a migoczą nocą,
wskazując nam drogi i szlaki bezpieczne.

Uśmiecham się do ryb, do panny co nad horyzontem,
do strzelca, raka, lwa pochowanych za nim.
Niech nad snem czuwają moich bliskich,
złych ludzi niech przeganiają myśli.

Oglądam się za bliźniętami, za bykiem,
patrzę na skorpiona co za koziorożcem.
Proszę darzcie nas spokojem,
podarujcie wszystkim zdrowie.

Pozdrawiam was,
bo jakbym się starał, jak dni układał,
to nie wiem, to nie mam wpływu,
na czasu wahania, losu zawiłości,
bo zawsze jakbym kośćmi nie rzucał,
to kto decyduje o liczbie i ich kolejności?

 


Z echem lasu…

Wezmę cię za rękę, prosto poprowadzę,
na skraj mego lasu, na skraj mojej łąki.
Gdzie konwalie kwitną, gdzie śpiewają ptaki,
nieba błękit na ziemię przyciągnę.

Będziesz ze mną pisać myśli na dwa głosy,
gdzie swój wzrok obrócisz, ja tam zaraz będę,
co w ciszy zanucisz, zaraz ci zaśpiewam,
będę twoim wiatrem, co układa włosy.

Będziesz ze mną spacerować na granicy czasu,
dłonie mi ogrzejesz, gdy po nocy wrócę,
z echem mi powtórzysz, gdy drogi zapomnę,
dlaczego wziąłem cię za rękę do naszego lasu.

 


 

Chwile

Wczoraj, to było dzisiaj,
tylko wczoraj się skończyło i zaczęło dzisiaj.
Wczoraj szliśmy razem przez pola otulone w mroku,
szkoda, że dzisiaj to nie wczoraj,
że Ciebie nie ma z boku.
Wczoraj myśleliśmy o jutrze co obudziło nas deszczem,
z nadzieją patrzyliśmy na to co dzisiaj, że zdarzy się jeszcze.

 


 

Lśnienie 

Zaprosiłaś mnie,
wpuściłaś do siebie,
bez granic, w zaufaniu.

Paliły się świece,
światło łamało promienie
w czerwonym winie.

Patrzyłaś w oczy,
czytałaś moje linie
zamknięte w dłoniach.

Pytałaś o przenikanie,
o lśnienie z marzeniem
za rękę z pragnieniem.

Mówiłem,
nie skończyłem,
że widzę,
że będę,
nie snem
a
istnieniem.

 


 

Maraton

W oręża szczęku muzy nie śpiewają,
Dziś jednak mieszają swe głosy.
Róg z mieczem, tamburyn z tarczą,
rytm swój równy wymierzają.

Nie koniec to jeszcze,
nie czas hymnu słuchać.
Nim chwałę fletnie obwieszczą,
biec muszę na Akropolu wzgórza
przed siłą ostrzec złowieszczą.

To nic, że krew, że pot zalewa oczy,
bo krew słodsza jest od łez,
a błękit nieba, znad morza wiatr,
smakuje lepiej niż czarny dym,
co z wojennej wstał pożogi.

Będę biegł!
By biec,
głodnym trzeba być,
nie smakować chleba,
z marzeń źródła pić,
nie stawać,
nie patrzeć wstecz,
za zwycięstwem iść,
by za Styksem ujrzeć brzeg,
własnej drogi jasny sens.

 


 

Świtanie brzaskiem

Nim wstanie dzień,
cisza zalega,
nie słychać ptaków,
nie szumią drzewa.

Jeszcze się budzą,
w blasku gwiazd,
wspominają wiatr,
gdy żegnał je zachodem.

Śpij świtaniem nowym,
nie budź się z brzaskiem,
śnij, że na ciebie patrzę,
śnij rąk zaklinanie.

Śnij snem spokojnym,
bo znowu szumią drzewa,
bo ptaki w śpiew ozdabiają liście,
bo na Ciebie znowu patrzę
i rąk ciszy nie przerywam,
o brzasku, właśnie…

 


 

A’propos mgły

Tak wczoraj szedłem, znowu jak zawsze,
szedłem do domu, ze swoim psem,
we mgle, gdy padał deszcz.
A jego krople perliły się, spływały,
jak po policzkach łzy.

Czekałem na kawę, że może wypiję,
lecz kawy nie było, było czerwone wino,
jak moja krew, jak moje sny.

Więc piłem wino, patrzyłem w drzwi,
by usłyszeć, gdy staniesz w nich,
gdy powiesz, wyszepczesz mi,
jak spełniają się marzenia tylko te,
o których śnisz, gdy bardzo chcesz,
by były, gdy już przestaniesz śnić.

 


 

Nie wiesz

Naprawdę jaki jestem nie wiesz ty,
a przecież znać powinnaś moje myśli, moje sny,
bo zawsze byłem, nawet, gdy nie widziałaś mnie
nie słyszałaś mnie, jeśli nie mówiłaś nic.

Dla ciebie byłem zawsze inny, nawet zły,
milczałaś, gdy prosiłem cię, byś powiedziała mi,
jak bardzo pragniesz, jak bardzo ze mną chcesz
moje myśli, moje sny, jak bardzo chcesz je ze mną śnić.

Dlatego wziąłem swój wędrowny kij,
chwyciłem mój kapelusz, wziąłem płaszcz
i teraz w końcu, teraz wiesz, że już nie ma mnie
w twoich myślach, w twoich snach.*

 

(*) Słuchałem kiedyś Bogusia Meca – “Jej portret”
i … popisałem słowa nowe… inne trochę…


Zwierciadło

Pójdziesz do ogrodu, będziesz spacerować,
wśród drzew i owoców, pośród chabrów rzędów,
z serca ci przyrzeknę, że dla ciebie będę,
z trawy podnóżkiem i kobiercem z kwiatów.

Z wiatrem cię przeniosę nad agrestu krzakiem,
dalej do orzechów wskażę ci ścieżynę,
tam zobaczysz skrytą za makiem czerwonym
poziomek wyspę i smaczną jeżynę.

Przebiegniesz za śliwą, szybko między ule,
zapach miodu cię zwabi, pszczoły nie przestraszą.
Usłyszysz szept wierzby co nad stawem stoi,
chłodzi gałęzie i korzenie poi.

Tam mi odpowiesz, czy z mych opowiadań
obraz namalujesz jak zwierciadło lata,
czy patrząc na jabłoń jeszcze gdzieś zobaczysz,
że jabłkiem jestem pełnym barw i smaku,
czy jego wspomnieniem w jesiennym kubraku.

 


 

Wytrzymaj

Choć słowa jak brzytwa ostre,
ranią i kaleczą
nie bój się słuchać,
jak przychodzą z wiatrem,
gdy mrożą,
gdy grzeją,
jak wypełniają się życiem,
jak mieszają krew,
jak powietrze dają.

Bo są rzeczy istotne i te,
które znaczą mało,
wśród słów musisz je wyłowić,
na szali ustawić i poważyć w głowie,
by co dzień nie bolało,
nie jątrzyło to samo,
co wczoraj miało się zagoić,
a cały czas straszy niezamkniętą raną.

Wytrzymaj ból i pomyśl o rozkoszy,
o myśli postępie, gdy zobaczysz jutro,
co stanie się twej woli udziałem
i czynem wszechrzeczy,
nie wspominaniem przestrzeni,
gdzie cię nie było,
której nie widziałeś
lub wiesz o niej za mało.

Wytrzymaj, odpędź złe demony,
otwórz oczy, spójrz,
czy na twojej drodze nie stanął,
czy z dobrego słowa nie zrodził się Anioł…

 


 

Niebo

Czy pamiętasz las,
jak cień rzucały drzewa,
jak nocą falowało niebo
i staw z milionami gwiazd,
jak pachniał kaczeńcami wiatr,
jak przyszedł od zachodu?

Czy pamiętasz maj,
ozdobiony mleczną drogą,
gdy szliśmy nią z nadzieją,
że dłonie nasze się nie zgubią,
gdy będziemy biec do miejsc,
skąd nie trzeba nigdy wracać?

Czy pamiętasz świt,
gdy pojaśniało niebo,
jak przestałem patrzeć w dal,
gdy spotkałem twoje oczy
a tam czarny staw
i jedna z moich gwiazd?

 


 

Nie zdarzy się… 12 czerwiec 2012, ojcu.

Chcę aleją iść słoneczną,
za burzy zapachem, wśród lip,
bezkresną znaleźć drogę.

Chcę za tęczą spotkać
cienie moich nocy, moich dni,
gdy się kładą, uciekają w sny.

Chcę przyjazne dłonie czuć i ciepło,
jak z ust wybrzmiewa głos
zamazanej światłem twarzy.

Chcę widzieć oczu blask,
pozbawiony słów,
bez myśli komentarzy.

Chcę radości poznać smak
jakby umarł strach,
przed jutrem,
co się już nie zdarzy.

 


Przebudzenie

Trzeba zrozumieć czas,
poznać chwile,
wiedzieć…

Kiedy przyjść i odejść,
jak pokonać próg.

Kiedy śmiać się w pełni sił,
nie smakować łez.

Kiedy pić czerwone wino,
a kiedy wódkę lać.

Kiedy głosów już nie słuchać,
co ubóstwem grzeszą słów.

Kiedy na dłonie nie czekać,
mimo, że jeszcze ich ciepło czuć.

Kiedy ust zapomnieć smaku,
gdy nie pozbawią tchu.

Trzeba wiedzieć,
kiedy się obudzić,
by nie żałować snu.

….

 


 

Anemon 

Spotkałem anioła.
Stal wśród paproci.
A one kwitły w ciszy,
w brzasku poranka

Stał uśmiechnięty,
w oczu wspomnieniach,
w ich pustce zamknięty.

Widziałem łzy co wśród powiek,
za poranną rosą
zaschły w tęsknocie.

Widziałem usta rozdarte,
wypełnione bólem,
wykrzywione krzykiem.

Wśród ramion miał blizny,
po skrzydłach kikuty,
co w żądzy zginęły płomieniach.

Słyszałem śpiew,
co się snuł jak dym nad ziemią,
otworzyłem oczy.
To nie był anioł,
to był mój demon.


 

Spokój

Są dni w kalendarzu puste,
bez słów, spojrzeń i dotyku,
są chwile bez pamięci, głuche.

Jest park, w którym stoisz,
wśród liści złotych,
gdzie nie dosięgam niepokojem,
a wołam tylko wzrokiem.

Wśród wrzosów oceanu,
widzę jak lśnią kwiaty
przedwcześnie już powiędłe,
jak minionego lata
w słońcu ciepły wodzą zapach.

Z za astrów naręczy
słyszę jak niesiesz spokój,
jak w drogę go układasz,
płatkami w moją stronę…

 


 

Ziarno

Gdy odchodzisz z wiatrem
czuję zapach twoich włosów,
słyszę zboża w polu szum.

Słowa za mną tuż,
wśród wierzb błądzą,
koją bielą młodych brzóz,
by spocząć za skibą,
za blizną w ziemi,
którą pozostawił pług.

Teraz patrzę znów
jak rzucone ziarno
siłą naszych rąk,
naszych słów,
jak wzrasta,
mimo,
że spopiela je
słońca żar,
topi przybór wód.

 


 

Wołanie

Nie podcinaj mi skrzydeł
kiedy jeszcze rosną,
niech nieba błękit głaszczą,
jak w deszczu pierwszy promień
muska kolor tęczy.

Nie zamykaj ust
oddechem niecierpliwym,
bo spłoszysz słowa senne
ukryte za marzeniem.

Nie wypełniaj ciszy
burzowymi chmurami,
bo nie usłyszysz,
jak wołam,
a każdą myśl wypełniam
twoim imieniem.

 


 

W cieniu…

W cieniu własnego końca stań,
ostateczności w oczy patrz,
niech mrozi cię ciemnością
niewysłowioną w środku dnia.

Posłuchaj szumu fal,
niech serce uspokoją,
gdy zadrży w polu wiatr,
co ponad twoją głową
rozpala zatroskania żar.

W powiekach sennych myśli złóż,
z uśmiechem zerknij w noc
jakbyś witał słońca wschód,
jakbyś wiedział, że to już…

 


 

Kwiaty

Wśród…
pogubionych słów
i prawd,
bez gniewu,
wśród ran,
w galerii płócien,
gdzie kwitną kwiaty
na ścianach,
bez ram…

…szukam
źrenic
na wskroś zapatrzonych,
które ze snu budzą,
w którym krzyczę,
z którego uciekam,
do którego wracam,
gdzie pamięć zalewają łzy,
jakby wypełniały dzban,
w którym białe stoją,
pachną majem bzy.

 


 

Latawce

Chwyć moje myśli,
i mocno je trzymaj.
Czego widzieć nie mam
ukryj w skrzydeł trzepocie.
A potem…
potem uwolnij dłonie,
które zamknęły motyle
w ciemności zachwycie.

Chwyć moje myśli
zanim odlecą,
niech twoje ręce
pod wiatr płyną,
niech łapią słowa
by ich znaczenie
cień dało na niebie
jak dają latawce,
zanim opadną na ziemię.

 


 

Krzyk

Unosisz ręce
w udręce,
nad ranem,
w krzyku bolesnym,
z niemocy.

Jak wstajesz,
widzę,
gdy rzucasz słowo
za słowem,
jak czarnym kamieniem,
oślepiasz oczy
pogrążone we śnie,
w bezgłośnym
wspomnieniu,
w świetle gwiazd,
w ciemności nocy.

 


 

Bezgłos

… jaka cisza,
zatopiona w mroku,
niepokoju kroków,
którymi nie budzę,
myślami nawet,
nie przywołuję,
wzroku,
co mnie pilnuje,
nie pozwala
zagrać zmysłom,
gdy sięgam po nie myślą,
zamykam dotykiem,
bo już nie ma ich
przy moim boku.

… jaka cisza,
przeciska się wokół,
przez uchylone drzwi
ciemnością się wkrada
w oddech mojego snu,
gdzie nikt nie opowiada,
gdy nie słychać słów
bym poszukał
oczu,
które dają spokój.

… jaka cisza,
jaka cisza…

 


 

Kroki

Powinienem wychodzić w ciszy,
zamykać za sobą drzwi,
by nie skrzypiały w wietrze,
każdą myśl wypowiadać szeptem,
by słowa nie budziły,
nie zdradzały, że jestem.

Lecz nie potrafię
tak w mgły wkraczać podwoje
z chłodem się mierzyć poranka,
jakbym szedł z przyjacielem pod rękę,
słuchając kroków, które odprowadzają
na skraj lasu, gdy się jeszcze boję.

 


 

Wszystko płynie

Żaden cud nie zdarza się dwa razy,
żadne słowo nie znaczy to samo,
gdy wypowiadasz je zmierzchem
i powtarzasz rano.

Nie zagrasz melodii,
nie usłyszysz tak samo,
nawet jeśli z nut ją powtórzysz,
najpierw forte a potem piano.


 

Obcy

Nie mów o mnie źle,
złych słów nie wypowiadaj,
niech nie słyszą obcy skarg,
jak smutek się zakrada.

Jeśli mówisz źle,
to już nie ma nas,
a my to światy dwa,
jak nigdy obce – ty i ja.

 


 

Jakby nie było… 

Bo tak się w życiu zdarza,
że świat nie zauważa,
gdy mija czas
a my biegniemy wprzód
i nic co wokół nas
na chwilę już nie staje…
mimo, że jesteśmy gdzieś
a jakby nie było nas…

 


 

Do snu

poczytaj mi do snu,
przypomnij słowa baśni,
zakryj dłońmi troski,
co wśród chmur, jak wiatr,
przemykają cicho.

jak dziecku mi zaśpiewaj,
melodię zanuć pod powieki,
niech magiczne płyną chwile,
jak szemrząca rzeka,
w kącikach twoich ust.

 


 

Znów

Gdy noc pochyla się policzkiem
nad moją głową siwą,
aleję mijam naszą,
kasztanową.

Tam,
wśród liści rozszemranych
z góry patrzy księżyc
swym obliczem bladym
i widzi uśmiech mój
bo zaraz znów
otulisz mnie zapachem snu,
a ciepło twoich stóp
ogrzeje mnie,
i nasze dłonie
się poplączą.


 

Wspomnienia

Wspomnienia jak kręgi na wodzie,
gasną sennie emocjami,
przychodzą z brzaskiem,
odchodzą ze zmierzchem,
wśród śmiechu, wśród płaczu.

Uśmiecham się do chwil,
do siebie się uśmiecham.
bo widzę,
gdy zamykam oczy,
jak kolejne w toń wody
wpadają kamienie
i słyszę głosy,
które stały się milczeniem.

 


 

Powrót

Idę do lasu,
do mchów,
do małych śladów stóp,
na przybrzeżnej drodze.

Cień zniknął,
nie widzę go
wśród drzew
i wydm.
W dłoni czuję starej
klamki chłód
i zapach domu,
nad morzem…

 


 

Obiecuję

Obiecuję żyć,
byś się nie smuciła,
gdy zaśniesz,
czy śnię i o czym…

Obiecuję pamięć
mierzoną siłą westchnień,
pierwszej zimy,
ostatniego lata.

Obiecuję konwalie,
że będą kwitły,
każdej wiosny,
której nie obejmie,
żadna data.

 


 

Liście na wietrze

Są myśli jak wiatr,
co gonią liśćmi
miedzy drzewami,
pod niebem,
wśród traw,
szarym dniem jesiennym,
w parku.
Powoli pną się w górę,
zawisają gdzieś,
by nagle runąć w dół.

Jedna w kolorze pomarańczy
tkwi i nie chce spaść,
chłonie krople mgły,
z nadzieją, że właśnie dziś,
sięgnie po nią dłoń,
by poczuć smak pragnienia,
które się spełniło.

 


 

Udostępnij przez:

Średnia ocen
5 z 1 głosów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Strona POKSINSKI.COM używa plików cookies zgodnie z warunkami Polityki prywatności. Pozostając na stronie akceptujesz te warunki. | Polityka prywatności |

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close